
2 lipca 1947 roku, w czasie burzy, ranczer Mac Brazel usłyszał silną eksplozję. Następnego dnia rano, jadąc sprawdzić swoje stado owiec, znalazł na swojej posiadłości nietypowe szczątki (bardzo twarde i pokryte hieroglificznym pismem). Brazel zabrał kilka z nich i pojechał do swego wuja, aby mu je pokazać. Następnego dnia poinformował o tym szeryfa George'a Wilcoxa. Szeryf zawiadomił lotnisko wojskowe i pojechał obejrzeć szczątki. W ciągu paru godzin na miejsce katastrofy przyjechało wojsko, które natychmiast zamknęło teren na parę dni by zebrać części wraku i zawieźć je samolotami do bazy w Roswell.
Rankiem 8 lipca 1947 roku pułkownik William Blanchard, komandor grupy 509 stacjonującej w Roswell, podał prasie i stacjom radiowym wiadomość, że odnaleziono wrak latającego dysku. O godzinie 5:26 czasu wschodniego agencja Associated Press ogłosiła, że w Roswell prawdopodobnie zabrano z pola mieszkającego nieopodal farmera szczątki "latającego spodka" i przetransportowano je samochodami do siedziby "wyższego dowództwa". Wiadomość obiegła całą Amerykę i pojawiła się we wszystkich gazetach, doprowadzając do narodowej histerii. Parę godzin później generał Roger Ramey z lotniska Fort Worth w Texasie przekazał opinii publicznej wiadomość, że Blanchard popełnił pomyłkę i że tajemniczym obiektem był balon atmosferyczny nowej generacji.
Co wiadomo na pewno?
Wszyscy są zgodni, że w końcu czerwca bądź na początku lipca 1947 roku istotnie coś się w rejonie Roswell wydarzyło. Otóż pewnego lipcowego poranka lustrujący swe położone 120km od Roswell pastwiska "baca" William "Mac" Brazel natknął się na rozrzucone po łące szczątki tajemniczego obiektu - posklejane kolorową taśmą pręty, fragmenty folii z nieznanego materiału, jakieś lśniące kawałki metalu. A według córki Brazela która wówczas miała 14 lat na niektórych odłamkach znajdowało się coś co wyglądało na cyfry bądź litery, które były pisane w kolumnach, tak jak się pisze liczby, kiedy wykonuje sie jakies obliczenia. Jednak nie byly to liczby przynajmniej nie takie jakie my używamy.{Poza tym stwierdziła też, że do powierzchni kilku odłamków folii przymocowana była jakaś taśma i kiedy brało się je pod światło, można było zobaczyć jakieś dziwne kwiaty i wzory w pastelowych kolorach. Wszystkie odłamki były bardzo lekkie, niepalne i nie dały się pokroić kozikiem. Należy dodać, że ubiegłej nocy szalała bardzo gwałtowna burza, piorun walił za piorunem, a gdzieś w połowie tej burzy rozległa się jakaś dziwna eksplozja, inna niż typowy odgłos pioruna. Ta właśnie burza sprawiła, że baca pojechał na pastwiska zobaczyć co "słychać" u jego owiec.
Brazel swoim odkryciem podzielił się ze sąsiadami, którzy poradzili mu pojechać z tym do Roswell. Tak też się stało: 6 lipca 1947 roku Brazel zebrał część znalezionych przedmiotów i zawiózł je wraz z transportem wełny, do Roswell do miejscowego szeryfa. Stamtąd odesłano go do wojska. Tamci z kolei rozmawiali z nim przez cały dzień, rozmawiał z nim również jeden z oficerów komórki wywiadu lotniczego S-2 przy 509 Grupie Bombowej major Jessy A. Marcel. Następnego dnia złożyli na ranczo wizytę żołnierze. Kazali trzymać rodzinie Brazel'a język za zębami, ponadto oficerzy RAAF (Roswell Army Air Force) zebrali wszystkie dowody rzeczowe i powrócili do miasta. Wspomniany major Marcel w drodze do bazy, zatrzymał się w domu i obudził 11-nastoletniego syna, by jak ten ostatni po latach wspomina - pokazać mu fragmenty latającego spodka. To niewinne naruszenie zasad tajemnicy wojskowej nabrało z czasem szczególnego znaczenia. Jessy Junior jest jednym z nielicznych pozostałych jeszcze przy życiu bohaterów "incydentu". Ten wyodrębnił ze szczątków 3 kategorie: kawałki metalu cienkiego jakby folia (30cm szerokości i ponad pól metra długości, nie dało się go zgiąć, nawet po uderzeniach siedmiokilowym młotem nie pozostała ryska!!); brązowo-czarny plastik przypominający bakelit; i fragmenty czegoś co przypominało belki dwuteowe. Na wewnętrznej stronie belek znajdowały się jakieś znaki, litery o odcieniu fioletowym i miały kształt jakby wytłoczony czy wykuty. Te figury całościowo przypominały zakrzywione kształty geometryczne. Na pewno nie były to znaki rosyjskie lub japońskie czy inne tego typu języki. Bardziej przypominały hieroglify, ale nie przedstawiały jakichkolwiek zwierząt. Te relację potwierdza także sąsiadka Brazela - Loretta Proctor do której męża przyszedł tego dnia Brazel.
Co się stało z zebranymi "dowodami rzeczowymi" ???
Na polecenie pułkownika W.Blancharda - dowódcy bazy szczątki wraku załadowane zostały do samolotu B-29 i przewiezione do Fort Worth. Początkowo miały zostać przetransportowane do bazy Wright Field w stanie Ohio, ale gdy przybyto do Carswell w Fort Worth, generał R.M. Ramey - dowódca 8 Armii Powietrznej w Fort Worth w Teksasie odwołał tę decyzję, przejąwszy od tego momentu osobistą kontrolę nad cała sprawą. Robert R.Porter - inżynier lotu przewożącego szczątki wspomina, że kapitan W.Anderson powiedział mu że pochodzą one z latającego spodka. Porter także miął do czynienia z odłamkami i jest pewien, że nie pochodziły one z balonu meteorologicznego. Wśród tych wszystkich szczątków znaleziono jeszcze coś interesującego mianowicie czarne pudełko kilkucalowej wielkości, wykonane z czegoś, co wyglądało na metal, a na dodatek było bardzo lekkie. Ekipie nie udało się tego otworzyć, dlatego zostało rzucone razem z innymi odłamkami jak wspomina porucznik Cavitt.
Skąd prasa odwidziała się o całej sprawie?
Od samego pułkownika Blancharda, wezwał on do siebie rzecznika prasowego i polecił mu przekazanie miejscowej prasie komunikatu, że armia jest w posiadaniu szczątków latającego spodka czy dysku. Wiadomość o tym, że RAAF znajduje latający spodek na ranczo w rejonie Roswell, ukazała się na pierwszej stronie "Roswell Daily Record" 8 lipca 1947r, ale już następnego dnia pojawiło się dementi od generała R.M. Rameya, który sprostował, że tzw. latający dysk nie był niczym innym tylko zwykłym balonem meteorologicznym. To jednak nie koniec historii z Roswell a jedynie początek.
Po sprostowaniu Rameya cała sprawa, przynajmniej chwilowo poszła w zapomnienie i Roswell pozostało miejscem, "gdzie diabeł mówi dobranoc". Nawet Demi Moore, która spędziła w nim dzieciństwo, nie przypomina sobie, by w domu kiedykolwiek mówiono o tajemniczych latających obiektach czy gościach z kosmosu, którzy kilka lat wcześniej nawiedzili jej rodzinne miasteczko.
Jednak już po kilku latach sprawa została przypomniana. W kocu lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych relacje o obserwacjach UFO (zwane bliskimi spotkaniami pierwszego rodzaju) pojawiały się z niezmierna regularnością i stopniowo zjawisko przybrało zasięg światowy. Materiał dowodowy stanowiły na ogól zeznania pojedynczych świadków, z roku na rok przybysze z kosmosu stawali się coraz bardziej zuchwali. Zaczęto już mówić o bezpośrednich kontaktach z obcymi (bliskie spotkania trzeciego rodzaju). Początkowo kosmici różnili się znacznie rozmiarami, kształtem kolorem, najczęściej byli to półtorametrowi "ludzie" o szarej lub zielonej skórze, wielkich głowach i dużych oczach. Z czasem przewagę zaczęli zdobywać mali, zieloni, łysi i trój palczaści. Te incydenty sprowokowały amerykańskie siły do podjęcia nieudanego pościgu. Już w roku 1948 siły powietrzne powołały grupę operacyjną o nazwie Project Sign, której zadaniem było wyjaśnienie prawdziwej natury latających spodków. jej badania kontynuowano w ramach Project Grudge i Project BlueBook - ten ostatni trwał od 1952 do 1969r.

Jak obecnie Air Force wyjaśnia cały incydent ???
W oficjalnym raporcie(sporządzonym z zamiarem przekonania sceptycznego społeczeństwa kraju, że siły powietrzne odniosły ostateczne zwycięstwo nad latającymi spodkami) napisanym najpierw w 1994 i bardziej szczegółowym z 1997 liczącym 231 stron dokumentu czytamy, że znaleziony obiekt był ściśle tajnym urządzeniem szpiegowskim. służącym do monitorowania sowieckich testów nuklearnych (Projekt Mogul balon). Mogul był projektem o najwyższym stopniu tajności, jego zamiarem było określenie stanu sowieckiej broni nuklearnej. Wszystko to się działo we wczesnym okresie Zimnej Wojny. Jednak to wyjaśnienie jest za mało dokładne, jak bowiem wyjaśnić dziwny kształt szczątków ich tajemnicze właściwości i przede wszystkim dziwne napisy??
Okazuje się, że znaleziony obiekt był dziełem naukowców z New York University: "szefem" badań był dr.Athelstan F.Spilhaus, inżynier projektu: prof. Charles B. Moore i projektant wojskowy oficer Colonel Albert C. Trakowski. Wymienione osoby były przesłuchiwane i zeznawały pod przysięgą odnośnie swojej działalności lecz należy dodać, że podczas swoich badań nie znali dokładnego przeznaczenia swoich projektów. Prof Moore utrzymuje, że balon neoprenowy (znaleziony wrak) był podatny na zniszczenie spowodowane promieniowaniem słonecznym i mógł zmienić kolor z białego na brązowy. Plastyfikatory i przeciwutleniacze w neoprenie mogły wyemitować osobliwy ostry zapach. Natomiast materiały i wspomniane przez Cavitta czarne pudełko są wg naukowej opinii Moore'a było zwykłą radiosondą czy tez radiolokatorem. Wywiad z oficerem Colonel Trakowski'm także dostarcza wartościowych informacji. Trakowski ustalał specyficzne szczegóły projektu Mogul, on także czuwał nad bezpieczeństwem programu.
Raport całkowicie zdementował pogłoskę, że jakoby armia odkryła jakiekolwiek ciała "obcych" w rozbitym balonie, ale i że w ogóle nie jest w posiadaniu jakichkolwiek obcych istot. Jednym słowem raport szczegółowo opisuje zarówno relacje świadków incydentu, ale jednocześnie dokumentuje, że wszystkie opisywane przez nich szczątki należały do balonu szpiegowskiego łącznie z kolorowymi taśmami i dziwnymi rysunkami. Jest znakomicie napisany i bardzo trudny do podważenia i opatrzony statusem: "case closed" czyli sprawa zamknięta i tym samym incydent przeszedł na zawsze do historii.

